Gdańsk atrakcje imprezy zdjecia relacje o piłce nożnej

BROD2610

Strona główna Recenzje Boxy Imprezy Nasze recenzje State Urge "What comes next?"

State Urge "What comes next?"

State-Urge-what-comes-next-wydanie-wlasne-2012

Mniej więcej dekadę temu trójmiejska scena muzyczna była w zastoju. Owszem, zasłużone kapele nadal działały, ale świeża krew nie wypełniała aort pracującego na spowolnionych obrotach serca. W niemożliwym do określenia momencie nastąpił jednak przełom i gitary wróciły do łask, a wraz z nimi szereg nowych projektów z pomysłami na przynajmniej ogólnopolskim poziomie. Wśród nich jest także State Urge.

Współczesna muzyka jest zdominowana przez przymiotniki "eksperymentalny" i "psychodeliczny" oraz przez przedrostek "post". Część dziennikarzy i słuchaczy wyznaczyła nieustanne przekraczanie granic jako cel, do którego "dobre" brzmienie musi dążyć. Ja jednak nie wierzę gdy ktoś twierdzi, że tak się już nie gra, że odwoływanie się do przeszłości zawsze jest pozbawione kreatywności i oryginalności. Gdyby otwarcie jednego rozdziału zawsze miało wiązać się z natychmiastowym przejściem do następnego to Elvis nie powinien powielać rock'n'rollowych schematów m.in. Little Richarda, a Hurts musieliby przestać grać jak Depeche Mode. Rozumiem pokusę odkrywania nowych galaktyk, ale jednocześnie nie powinno się dewaluować poszerzania wiedzy o najbliższym otoczeniu.

Jak nie trudno domyśleć się po takim wstępie, State Urge nie proponują nowoczesnego grania. Skojarzenia z Pink Floyd pojawiają się niemal natychmiast po włączeniu najnowszej EPki "What comes next?" i utrzymują się do samego końca. Warto jednak zaznaczyć, że skojarzenia nie oznaczają powielania bez krzty własnej osobowości. Wszystkie trzy utwory (trwające w sumie ponad 22 minuty) wybrzmiewają w stylistyce doskonale znanej fanom prog rocka. To nie jest muzyka, która ma zaskakiwać, jej intencja to penetrowanie emocji.

Przekornie pierwszy riff na krążku ciąży bardziej ku Dream Theater niż "flojdom", ale im bliżej końca tym patos staje się większy, ostatnie dźwięki "Time rush" brzmią już jakby odgrywała je wieloosobowa orkiestra (i to na szczycie Olimpu z trzaskającymi w tle piorunami), a nie cztery osoby. To znowu można traktować jako zarzut lub jako zaletę, wszystko zależy od gustu słuchacza. Pierwsza ścieżka nie zapowiada jeszcze wybijania się ponad średnią krajową, ale już - w przeważającej mierze instrumentalne - "Illusion" zachwyca melancholijną atmosferą. Nie ma tutaj siłowych popisów wirtuozerskich. Pomimo krótkiego stażu kapela doskonale waży dźwięki, rozkłada umiejętności na ciekawe, ale nie przytłaczające efekciarstwem, partie. "All I need" podtrzymuje wysoki poziom, ponownie splata klasyczne art rockowe granie z nieco cięższym prog metalowym (głównie za sprawą Marcina Bocheńskiego - perkusisty) brzmieniem. Marcin Cieślik odgrywa niesamowitą solówkę, ale znowu nie opartą o poziom skomplikowania, lecz przemawiania do odbiorców. W tym kawałku każdy z instrumentów ma swoje wielkie chwile, druga połowa należy zdecydowanie do klawiszowca Michała Tarkowskiego, a linia basu (Krystiana Papiernika) - mimo ukrycia na dalszym planie - trzyma całość w ryzach, nadając jej spójność. Utwór trwa 8 minut, lecz dzięki zapadającemu w pamięć refrenowi ma wszelkie argumenty do powielania komercyjnego sukcesu "High Hopes" Pink Floyd.

Droga z Polski ku międzynarodowej rozpoznawalności jest niezwykle trudna, ale przykład Riverside pokazuje, że można ją przebyć. Przy odrobinie szczęścia State Urge powinni powtórzyć ten sukces, mają ku temu doskonałe predyspozycje.

Jarosław Kowal

 

 

.




Web Tasarım Ajansı